niedziela, 1 kwietnia 2012

Miejska idylla

     Ostatniej nocy trafiłam w dziwne miejsce zwane liceum. Liceum to nie najgorsze, bo warszawska Poniatówka. Jestem prawie pewna, że było to coś w stylu tygodnia pokazowego, gdzie kandydaci mogli przez jakiś czas realnie uczestniczyć w lekcjach. Lekcje te były cudowne po prostu, wspaniała atmosfera, przyjaźni nauczyciele, przemili uczniowie. Szkoła również z zewnątrz była najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek widziałam. Jakby jaśniała w blasku słońca na tle szafirowo niebieskiego nieba. Usytuowana była na wzgórzu praktycznie pozbawionym drzew i krzewów, a porośniętym jedynie trawą. Ale jakaż to była trawa! Najbardziej zielona, najbardziej trawowata trawa, jaka tylko może być. Jej kolor wręcz raził w oczy. Była gęsta przyjemna w dotyku jak włosy włoskiego amanta. Niedaleko wzgórza mieścił się staw. Patrząc na odbicie w wodzie ciężko było stwierdzić, które niebo jest prawdziwe, bo woda była tak czysta, a niebo tak jasne i czyste, że myliły wzrok.
    Idylla. Cały czas zastanawiam się jednak, o co chodziło z jedzeniem serka wiejskiego pod koniec snu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz